Barbara Baraldi, „Łamacz kości”, 7/10


Kryminał to gatunek, który w Polsce niezmiennie cieszy się największą popularnością, chociaż ja sam sięgam po niego dość rzadko. I to mimo że zwykle nie żałuję. Tak jest i w tym przypadku. 

Zacznijmy od tego, że „Łamacz kości” to książka włoskiej autorki, Barbary Baraldi, i akcja również toczy się we Włoszech, co już samo w sobie jest ożywcze rynku pełnym angielskich tytułów. Nie jest to jej pierwsza powieść z profilerką policyjną Aurorą Scalviati w roli głównej, ale nie ma to większego znaczenia dla fabuły – spokojnie możemy czytać ją jako zamkniętą całość. 

Mamy tu do czynienia z rasowym kryminałem i już od pierwszych stron autorka sprawnie buduje poczucie grozy, które podtrzymuje niemal przez cały tekst. Muszę jednak przyznać, że w pewnym momencie nieco to męczy – prawie wszystkie rozdziały kończą się cliffhangerami; w zamierzeniu ma to trzymać czytelnika w niepewności, w praktyce staje się dość przewidywalne i przywodzi na myśl powieść publikowaną w odcinkach (co powiedziawszy, czuję się w obowiązku przyznać, że zabieg sprawdza się doskonale – ochoczo przerzucałem kolejne strony). 

Tytułowy „łamacz kości” to potężny tasak, którym seryjny zabójca z Turynu morduje swoje ofiary. W miejscowym komisariacie pojawia się profilerka Aurora Scalviati, „kobieta z przeszłością”. Kilka lat wcześniej w strzelaninie straciła partnera. Obwiniona przez człowieka, którego uważała wówczas za przyjaciela, została zesłana na prowincję. Teraz, na życzenie prowadzącej śledztwo prokurator, powraca do dawnych kolegów, by pomóc im w rozwikłaniu sprawy. Nie bez powodu: zabójstwa w jakiś sposób wiążą się z podobnym dochodzeniem, które ponad trzydzieści lat wcześniej prowadził jej ojciec. Sprawę prowadzi ten sam człowiek, któremu zawdzięcza zesłanie – podkomisarz Jérome Reno nie życzy sobie jej pomocy, a ona wcale nie ma ochoty z nim współpracować. 

Pierwszą ofiarą jest młody mężczyzna, a jego osoba stanowi ogniwo prowadzące do zbrodni sprzed lat. Badając zwłoki, Aurora dostrzega na kościach szczegół, który przeoczyli jej koledzy i który skłania ją do energiczniejszego zajęcia się sprawą. Niechętny jej dawny-obecny partner próbuje bagatelizować odkrycie. W książce aż roi się zresztą od konfliktów i problemów – z przeszłością, z traumą, z współpracownikami, z niezależnością, do tego halucynacje, niewyjaśnione zdarzenia i demony sprzed lat – ale wszystko to dawkowane jest z umiarem i nie przytłacza, a dodaje głębi bohaterom, dzięki czemu nie są to papierowe postacie. 

Za jeden z głównych wskaźników kryminału zawsze uznaję możliwość przewidzenia dalszych wydarzeń i wytypowania sprawcy przez czytelnika; zbyt oczywisty przebieg śledztwa odbiera radość z lektury, zbyt wydumany zniechęca nierealnością lub zmusza do sięgnięcia po „deus ex machina”. Optymalnie jest, gdy po przewróceniu ostatniej strony odkrywamy, że wprawdzie całkowicie się myliliśmy co do tożsamości mordercy, ale jeśli cofniemy się i uważnie przeczytamy książkę raz jeszcze, dostrzeżemy wszystkie umiejętnie ukryte przez autorkę wskazówki, prowadzące do logicznej konkluzji. Tak jest z „Łamaczem kości”: Baraldi sprytnie myli tropy, podsuwa rozwiązania, które za chwilę okazują się już nie tak oczywiste. Wszelako nie wszystkie fragmenty książki wydają się w równym stopniu służyć wspólnemu celowi; przydługie wstawki na temat fizyki kwantowej i natury wiary, mające w zamierzeniu uzasadnić jeden z wątków, są moim zdaniem wstawiane nieco na siłę i nużące. 

Na koniec warto docenić dobry przekład i redakcję. Na drobne stylistyczne potknięcia w rodzaju został-został lub był-był w jednym zdaniu można spokojnie machnąć ręką; najważniejsze, że tekst brzmi płynnie i naturalnie. A chwalę, bo zdarzało mi się męczyć z lekturą z powodu słabej jakości tekstu właśnie. Nie wiem jednak, czy jest to celowy zabieg, czy „wypadek przy pracy”, ale poza tytułowym „łamaczem kości” w tekście występuje też „rębacz kości”; jedno określenie wydaje się odnosić do narzędzia zbrodni, drugie – przydomka zbrodniarza. Wprowadza to pewną niespójność i wydaje mi się, że mogło być niezamierzonym kiksem redakcyjnym. 

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Letra, za co jestem szczerze wdzięczny, bo odkryłem w ten sposób autorkę, po której powieści jeszcze najprawdopodobniej sięgnę.

Komentarze

Popularne posty