Fredrik Backman, „Mężczyzna imieniem Ove”, 8/10

 


Napisać, że jest to książka o miłości, to jednocześnie nic nie napisać i zdradzić całą fabułę. Bo tak właśnie jest: jedynym marzeniem i życzeniem mężczyzny imieniem Ove jest wieczny święty spokój u boku ukochanej żony. Nikogo więcej nie potrzebuje. Ogania się od ludzi i świata, jak od przebrzydłej rozbrzęczanej muchy. Jest opryskliwy, nieprzyjemny, arogancki i aspołeczny – właściwie mógłby mieć twarz Waltera Matthaua z „Dwóch zgryźliwych tetryków”, gdyby nie to, że ma dwie inne, tak różne, a jednak tak podobne: Rolfa Lasgarda z oryginalnej szwedzkiej ekranizacji i Toma Hanksa z amerykańskiej „Mężczyzna imieniem Otto”. Potrzeba Amerykanów, aby przerabiać każdy udany film na własną modłę, jest dla mnie niezrozumiała, przyznaję jednak uczciwie, że jest to ekranizacja niezmiernie udana. Dzięki niej podczas lektury bez trudu wyobrażałem sobie bohaterów – zrobiłem bowiem rzecz niewskazaną i sięgnąłem po film, zanim zapoznałem się z książką. W tym przypadku nie ma to jednak znaczenia, chyba że ktoś nie lubi znać zakończenia, zanim nie przerzuci ostatniej strony. Nawet wówczas jednak rytm zdań wciąga tak samo, humor wzbudza te same chichoty, a wzruszenie wyciska te same łzy. 

A łez nie brakuje, bo Backmanowi udało się w idealnie zrównoważony sposób pogodzić śmierć, miłość i śmiech. Interakcje pomiędzy postaciami, w szczególności chemia, jaka rodzi się pomiędzy energiczną, bezczelną, ale i pełną troski młodą Iranką Parvaneh oraz zamkniętym w sobie podstarzałym Szwedem Ovem, który za wszelką cenę bezskutecznie próbuje ją do siebie zniechęcić, jest niewyczerpanym źródłem radości. Pozostali bohaterowie, choć każdy w pewnym momencie odgrywa ważną rolę w historii, są tutaj jedynie tłem dla popisów tych dwojga. Parvaneh, choć sprawia wrażenie kobiety tarana, jest jednocześnie czuła, uważna i delikatna w swoich próbach wydobycia Ovego z jego twardej skorupy. Gdy my w retrospekcjach powoli towarzyszymy mu w drodze przez jego życie, ucząc się go rozumieć, ona zdaje się dostrzegać w nim więcej, niż jej na to pozwala narrator, choć tak naprawdę jeszcze nie zdążyła go poznać. 

„Mężczyzna imieniem Ove” to opowieść niezwykle kameralna, tocząca się głównie w głowie jednego człowieka, którego czytelnik szybko uczy się najpierw lubić, a potem kochać, chociaż sam Ove z pewnością powiedziałby, że w ogóle nie wie, za co. Jednocześnie jest to opowieść o samotności i bliskości, o nieuświadomionej potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem i o otwartości na niego pomimo pozornego zamknięcia w wieży surowych zasad i przyzwyczajeń. Klasyczny przypadek gbura o złotym sercu. 

Czytałem z zachwytem, pomimo pełnej świadomości, że autor pogrywa nieco kliszami, wyciskając z historii więcej melodramatyzmu, niżby powinien. W tle przewija się bowiem cała galeria postaci, w których ujawniają się główne problemy współczesnego świata – odrzucenie, migracja, autoidentyfikacja, bezradność, ignorancja, biurokratyczna bezduszność czy wyzysk. I chociaż przypomina to marną telenowelę, w której bohaterów spotykają wszelkie możliwe nieszczęścia, jest (moim zdaniem) tak ładnie ze sobą splecione, że w książce w ogóle nie razi, a wręcz wydaje się całkowicie naturalne.

Komentarze

Popularne posty