Robert A. Heinlein, „Luna to surowa pani”, 8/10


Pisarze sf lubią stwarzać nowe światy, żeby w nich, jak w laboratorium, testować wyimaginowane, najdziksze nawet koncepcje społeczeństw. Heinlein napisał „Lunę...” w 1966 roku, wykazując się z jednej strony niezwykłą przenikliwością, z drugiej – zaślepieniem, które sprawiło, że nie przewidział upadku komunizmu i w swojej wizji Księżyc roku 2075 zaludnił marksistami-leninistami. Pomimo naiwnego idealizmu można mu to jednak wybaczyć, od upadku ZSRR – którego zresztą nie dożył – dzieliło go jeszcze ćwierć wieku. 

Mamy uroczy maj 2075 roku. Podzielony na poszczególne sektory odpowiadające z grubsza blokom ziemskich państw Księżyc zaludniają nieprawomyślni zesłańcy, którzy stworzyli wbrew pozorom niezwykle praworządne, choć kierujące się całkowicie własnymi zasadami społeczeństwo (widzicie inspirację Australią?). Na Księżycu najcenniejszym dobrem, cenniejszym nawet od powietrza, są kobiety. Nadreprezentacja mężczyzn w proporcji 2 do 1 doprowadziła do wytworzenia się oryginalnych praw i zwyczajów matrymonialnych. Nie to jednak zaprząta dzielnych Luniaków, lecz tradycyjne problemy skolonizowanych społeczności: nierówności, rabunkowa eksploatacja, krwiożerczy kapitalizm, wyzysk człowieka przez człowieka i na odwrót. Co gorsza, z Księżyca nie można uciec, gdyż długotrwałe przebywanie w warunkach zmniejszonej grawitacji prowadzi do nieodwracalnych zmian w organizmie, uniemożliwiających przystosowanie się do życia na Ziemi. Luna pozostaje zatem więzieniem nawet dla tych, którzy urodzili się wolni. 

Klasycznym remedium na te bolączki jest oczywiście libertariańska rewolta przeciwko reprezentującemu ziemskie władze korporacyjne (bo Księżyc jest własnością korporacji, nie organizacji politycznej) Naczelnikowi, obmyślona w najdrobniejszych szczegółach przez sprytnego i nader inteligentnego Profesora, wzorowanego snadź na idealistach i intelektualistach myśli anarcho-rewolucyjnej. Lecz czymże byłby umysł bez wykonawców: uroczej aktywistki Wyoming oraz całkowicie przypadkowo wplątanego w całą tę awanturę Manny’ego, informatyka opiekującego się księżycowym superkomputerem. 

A co z tą przenikliwością, o której pisałem? Całą historię można by uznać za podręcznik dla buntowników pod hasłem „Robimy rewolucję!” (gdyby ten tytuł nie był już zajęty), lecz w istocie jest tylko tłem dla najważniejszego. Superkomputer, którym opiekuje się Manny, właśnie się przebudził. Zyskał świadomość. Stał się istotą myślącą. Ożył – a przynajmniej tak się wydaje. I to właśnie wątek rodzącej się świadomości Sztucznej Inteligencji (dla przyjaciół Mike) w dzisiejszych czasach jest dla nas najbardziej interesujący. Stopniowo bowiem komputer, sterujący wszystkim, co dzieje się na Księżycu, staje się w coraz większym stopniu współodpowiedzialny za rewolucję. Równocześnie, wciąż pozostając bezduszną maszyną, uczy się człowieczeństwa, trochę na pozór oficera Daty w serialu „Star Trek”. Heinlein umiejętnie prowadzi ten wątek, unaoczniając czytelnikowi, jak niewiele dzieli zaawansowany, świadomy superkomputer od bóstwa.

Nie bez powodu „Luna...” uznawana jest za szczytowe osiągnięcie Heinleina, za które otrzymał Nagrodę Hugo. W czasach, gdy coraz więcej własnego życia przekazujemy w elektroniczne macki sztucznej inteligencji, pytanie, co z tego wyniknie, jest ogromnie istotne.


Komentarze

Popularne posty