Jakub Małecki, „Obiekty głębokiego nieba”, 8/10
Najlepsze historie pisze życie, najbardziej burzliwe wydarzenia rozgrywają się w głowach. Tylko jak je opisać, aby uniknąć banału, znużenia czytelnika albo przegadania? „Obiekty głębokiego nieba” płyną jak powolna, szeroka, meandrująca rzeka. Nie ma tutaj sensacji, pościgów, detektywistycznych zagadek ani ponadnaturalnych tajemnic, nie ma kosmitów, smoków ani zespołu sztokholmskiego u napalonej ofiary sycylijskiej mafii... Jest za to pięknie malowana słowem codzienność. Stosunkowo banalna, bo będąca udziałem tysięcy ludzi, historia została uwznioślona przez plastyczność i sugestywność tekstu, która nadała jej głębię i atrakcyjność.
Wydarzenia w świecie zewnętrznym są tłem dla prywatnych dramatów, skrywanych potrzeb, pochowanych traum, a także zaczynem bogactwa życia wewnętrznego bohaterów – przede wszystkim Janka, jego ojca i Igi, pozostałe osoby bowiem, im mniej są obecne w ich życiu, tym bardziej tracą trzeci wymiar, stają się płaskie, ledwie naszkicowane, jak statyści w filmie – potrzebni, ale nie dopuszczają, aby uwaga czytelnika skupiła się na nich. To nie zarzut, książka nie może być przecież o wszystkich; przeciwnie, taka konstrukcja pozwala zanurzyć się w opowieści. A jest to opowieść o tym, jak zachować odrobinę siebie w świecie cudzych oczekiwań – i co może się zdarzyć, gdy wbrew sobie próbujemy im sprostać. Opowieść o miejscu, jakie wzajemnie zajmują w swoich prywatnych światach, jak patrzą na innych, tych najbliższych i tych dalszych, ludzi i zwierzęta; jaki obraz jednych powstaje w umysłach drugich – ojciec, matka, żona, sąsiad, lis, świnia... Opowieść o bliskości pomimo oddalenia i oddaleniu pomimo bliskości. Opowieść o pragnieniach, które jednym przynoszą tylko bolesną ranę i rozczarowanie, a innym pomimo bólu pozwalają na nowo odkryć, a potem rozwinąć skrzydła, zrozumieć siebie, zrozumieć innych.
Dialogi są tu oszczędne, całe stronice upływają na życiu wewnętrznym bohaterów, ale wciąż chce się przewracać je dalej, nie ze znudzenia, lecz z ciekawości. Ot, życie zaklęte w słowach, pozszywane cieniutkim ściegiem tajemnicy z dzieciństwa, której kolejne fragmenty autor dawkuje nam starannie, jak elementy układanki. Co istotne, nikt nie sufluje nam ocen, nie ma tu prostej dychotomii dobra i zła, nie wraca karma, nie przemawiają niebiosa; trzeba wczuć się emocjonalnie w bohaterów, aby zrozumieć, czy to, co się dzieje, jest czegoś warte, a jeśli tak, to ile i dla kogo. Nawet zakończeniu sami musimy nadać moralne znaczenie i w sercu odpowiedzieć sobie, czy jest dobre, czy złe. Wchłonąłem, posmakowałem i zdecydowanie polecam.



Komentarze
Prześlij komentarz