Magdalena Grzebałkowska, „Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia”, 10/10



Wojna w największym stopniu dotyka tych, którzy ani się na nią nie pisali, ani też jej nie chcieli; są tylko jej biernymi ofiarami. Spośród tej grupy nie ma istot bardziej niewinnych niż dzieci. O II wojnie światowej napisano tysiące książek: reportaży, opracowań naukowych, literaturę powstańczą i obozową. Brakowało tylko jednej: która ujmowała by losy dzieci opisane ich własnymi słowami; wojnę widzianą ich własnymi oczami.

Grzebałkowska zagarnia te opowieści bardzo szerokim gestem. Jej „Wojenka” jest prawdziwie światowa: od dzieci zesłańców z łagrów radzieckich przez mieszkańców okupowanej Warszawy i młodzież z wstrząsanej wojną domową Hiszpanii, która hiszpańskie bruki zamieniła na leningradzki sowiecki raj, po Nikkei – japońskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych, prewencyjnie pozamykanych w obozach internowania (a de facto koncentracyjnych), jako potencjalnych sojuszników Japonii. Wojna nie oszczędziła nikogo. Grzebałkowska dotarła do wszystkich i dała im głos. 

Ci, którzy opowiadają o swoich losach, dawno przekroczyli już próg dorosłości, autorce udało się jednak przedstawić je z tą dziecięcą naiwnością, z jaką odbierali świat, mając te kilka czy kilkanaście lat. Rozłączeni z rodzinami, często latami nie oglądali swoich bliskich. Często nigdy. Nic z tego nie rozumieli, ale jak to dzieci – wiele z nich szybko przystosowywało się do nowej rzeczywistości, traktując ją jako coś zastanego i oczywistego. Dla czternastoletniej „Myszki” powstanie warszawskie to jako rodzaj harcerskiej zabawy, dopóki piwnicy, w której odpoczywa, nie przebije niemiecka bomba. Hieronim ma sześć lat, kiedy Niemcy rozstrzeliwują całą jego rodzinę, łącznie z trzydniową siostrzyczką. Przeżywa cudem, przykryty ciałem matki. Cudem też ocaleją jego brat i siostrzyczka, lecz cała trójka zostaje na świecie niemal sama. Niklas Frank, który nie ma pojęcia, czym dokładnie zajmuje się jego tata, szczyci się tym – a potem dorasta i zaczyna się wstydzić. A jedenastoletniego Richarda, syna japońskich imigrantów, przybrana amerykańska ojczyzna zamknęła w obozie, odbierając jego rodzinie cały zgromadzony majątek. 

Książka jest fragmentaryczna, niby uporządkowana w rozdziały, lecz w ich obrębie wspomnienia mają raczej postać obrazów, scen, aniżeli ciągłej i uporządkowanej historii – tak jak zostały zapamiętane. Komentarz autorki jest oszczędny, wprowadzający, w jak największym stopniu usuwa się w cień, oddając głos bohaterom. Nie brakuje zdjęć, dawnych, ale i współczesnych, gdy wojenne dzieci spoglądają na nas oczami starców. Zdania są krótkie, jak zamaszyste pociągnięcia pędzla, odmalowują świat, wbijając czytelnika w fotel mocniej, niż mogłoby to uczynić tysiąc uczonych słów. Rzadko znajduję książkę wartą najwyższej oceny.

Ta bolesna opowieść to echo dawnej rzeczywistości, z pozoru nierealnej, a przecież po dziś dzień będącej udziałem dzieci na całym świecie. Wrogów partii, religii, ludu, rasy, narodu czy kogokolwiek innego, kto obrał ich sobie za cel, choć są za młode, aby mu czymkolwiek zawinić.

Komentarze

Popularne posty