Bartosz Panek, „Zboże rosło jak las”, 7/10
Panek, posłuszny prawidłom reportażu, stara się swoich rozmówców ani tematu nie oceniać, nie przemycać prywatnych opinii, choć pewne absurdy krytykują się same. Opowiadając historię Państwowych Gospodarstw Rolnych, oddaje głos ludziom, którzy w nich pracowali – powierzyli im swoje życie, z nimi wiążą się ich wspomnienia, im też wreszcie nierzadko zawdzięczają swoje mieszkania, domy, a nawet miasta (jak w Naramowicach, siedzibie wyjątkowo prężnego kombinatu). Wspominają z rozrzewnieniem, jak władza, aby przyciągnąć chętnych do pracy, nie żałowała ani płac, ani dodatków socjalnych. Pokazują nam inną, może nie całkowicie pozytywną, lecz jednak bardziej przyjazną, ludzką twarz rolnych molochów, tworzonych na polityczne zamówienie, niejednokrotnie bez ekonomicznego czy racjonalnego uzasadnienia, za to na fundamencie potężnych ambicji.
Olbrzymie „fabryki żywności” – pierwotnie utworzone jako Państwowe Nieruchomości Ziemskie – otrzymywały lwią część środków przeznaczonych na rozwój rolnictwa, mimo to produkowały nieefektywnie, ustępując wydajnością rolnikom indywidualnym, gospodarujących na „ojcowiźnie”. Ci, mając tego świadomość, często z pogardą spoglądali na nową czeladź, chłoporobotników pracujących „na cudzym”. Ta pogarda utrzymuje się nawet dzisiaj, pobrzmiewa w ocenie „wsi popegeerowskich”, ich mieszkańców i roztrwonionych rzekomo szans. Patrzymy bowiem na PGR-y głównie przez pryzmat konsekwencji ich upadku, uwiądu lat starczych, kiedy ich niewydolne organizmy zaczął trawić wirus rozbuchanego kapitalizmu z jego wizją prywatyzacji jako jedynej drogi do rentowności przedsiębiorstw. Patrzymy na nie całościowo, jak na jeden organizm; widzimy mrowisko – ale nie mrówki.
Tymczasem Panek rozpoczyna od przypomnienia lat młodzieńczych Państwowych Gospodarstw Rolnych, kiedy to one kształtowały świat, dźwigały kraj z powojennej biedy, podejmowały wysiłki, aby wprowadzić w mroki wsi kaganek oświaty, kultury i medycyny, czasami bezowocnie. Były to czasy, kiedy władza ludowa lepiła nie tylko nowego człowieka, ale i nową rzeczywistość – prawda, że często nie tylko wbrew rachunkom ekonomicznym, ale i sprzecznie ze zdrowym rozsądkiem, gdy dokonywano wysiedleń pod gospodarstwa na ziemiach trwale nieurodzajnych, zmagając się zaciekle z naturą, by czerpać korzyści tam, gdzie ich nie ma, i niosąc wątpliwy dobrobyt i postęp tym, którym dobrze było bez niego.
Mijały lata i założone cele jakoś nie doczekiwały się realizacji. Wiele zależało od szczęścia i motywacji: ci, którym się chciało i trafili na dobre tereny, jak Jan Baier, dyrektor Manieczek, parli do przodu. Większość jednak wegetowała lub walczyła beznadziejnie ze wszystkim: ustrojem, nieurodzajną ziemią, lenistwem, złodziejstwem, marazmem, ciemnotą i demoralizacją, dowodząc klęski ludowych wizjonerów. Wadliwe od swoich narodzin, zderzywszy się z niesprzyjającym otoczeniem, PGR-y w znakomitej większości zawodziły oczekiwania, pozostawiając po sobie nieutulone w żalu sieroty, bezradne w nowej rzeczywistości. Co gorsza, ślepo realizując założoną odgórnie wizję ich likwidacji, nowy ustrój często torpedował także działania tych przedsiębiorczych jednostek, które próbowały wydźwignąć PGR-y z upadku; walcząc samotnie przeciwko światu, musiały wreszcie ulec.
Dziś miejsce szumiących zbóż często zajmują bloki, gdy dawne tereny rolnicze rozparcelowano pod zabudowę. Tkanka miejska wchłonęła ziemię, pożarła obory i chlewy, zatarła wizje, ale nie pamięć i sentymenty ludzi. Opowiedzieli swoje historie, a Bartosz Panek uważnie ich wysłuchał.



Komentarze
Prześlij komentarz