David Weber, „Honor królowej”, 8/10


Honor jest... cóż, honorna. Twarda. Zawzięta. Głęboko moralna. I uwielbiana przez podwładnych. Po doskonałej obronie systemu Basilisk staje się naturalnym wyborem na dowódczynię konwoju zmierzającego do systemu Yeltsin, kluczowego z punktu widzenia zbliżającej się wojny z Ludową Republiką Haven. Poselstwo, któremu przewodzi jej przyjaciel i mentor, admirał Courvosier, ma na celu podpisanie przymierza z władzami Graysona, jednej z planet układu. Jest tylko jeden problem – Honor jest kobietą, a na Graysonie kobiety nie mają żadnych praw...

Co gorsza, w układzie trwa religijna wojna. Jeśli mieszkańców Graysona można uznać za radykałów, to co powiedzieć o ich śmiertelnych wrogach z Masady, dla których są tylko przesadnie liberalnymi heretykami?

W drugim tomie przygód kapitan Honor Harrington (oraz jej wiernego treecata Nimitza!) wkraczamy w świat wielkiej polityki. W obliczu nieuchronnie zbliżającej się wojny zarówno Republika Haven, jak i Królestwo Manticore starają się pozyskać sojuszników i zająć jak najlepsze pozycje wyjściowe. Narracja prowadzona jest na ogół jednostronnie, ale w niektórych rozdziałach śledzimy fabułę z perspektywy Masady i sprzymierzonej z nią Haven, co jest interesującą nowością i jednocześnie zwiastunem rozbudowy tej koncepcji w kolejnym tomie, gdzie adwersarze otrzymują znacznie więcej przestrzeni na kartach książki.

Na razie jednak Honor po raz kolejny musi udowodnić tym, którzy ją lekceważą, ile naprawdę jest warta, broniąc honoru Jej Wysokości Królowej Manticore. Mamy tu do czynienia z rasową space operą, a więc i rozmach fabuły jest iście kosmiczny. Opisy uzbrojenia są szczegółowe, jego działanie konsekwentne, a przebieg starannie zaplanowanych bitew wciągający i realistyczny (jak na wydarzenia z odległej przyszłości, ma się rozumieć!). Nie brakuje także porażek i wzruszeń.

Dużym plusem jest to, że Weber trzyma się reguł naszkicowanego przez siebie świata. Nie wprowadza nagłych zmian w duchu deus ex machina. Stara się ująć wydarzenia w nadane mu ramy polityczne i kulturowe (choć z ich trwałością bywa różnie, o czym niżej).

Z minusów – Honor jest może nieco zbyt idealna, jak kapitan Picard ze „Star Treka”. Silnie zinternalizowane po setkach lat kurczowego przestrzegania tradycje ulegają zmianie pod wpływem kilku wydarzeń i spotkań, jakby kluczowe dla całej planety było przekonanie jednego człowieka, nie wszystkich mieszkańców. Ludowa Republika Haven, państwo teoretycznie totalitarne i wzorowane na satrapii, w rzeczywistości mocno przypomina klasyczną demokrację. To już chyba bliższa dyktaturze jest silnie klasowa i hierarchiczna monarchia Królestwa Manticore. Wydaje się, że Haven zyskałoby, gdyby autor poczytał kilka dzieł o historii i ustroju Związku Radzieckiego :).

Mimo to wady te są właściwie mało widoczne, przykryte wartko płynącą akcją, która skłania do przerzucania kolejnych stron. Honor nie da się nie lubić, a dzięki swojej wyjątkowej relacji z empatycznym i inteligentnym treecatem ta posągowa postać odzyskuje odrobinę człowieczeństwa. Dlatego czytelnik kibicuje Honor, z zapartym tchem śledząc, jak ponownie losy Wszechświata spoczywają w jej pewnych rękach. Dobra, wciągająca książka, która nie nuży pomimo sporej objętości.

Komentarze

Popularne posty