Jerzy Ambroziewicz, „Zaraza”, 8/10
Książka jest fabularyzowanym, sprawnie napisanym reportażem. Autor stara się ściśle trzymać faktów, lecz sam przyznaje, że tam, gdzie może polegać jedynie na zawodnej pamięci świadków, powstają niekiedy różne wersje tej samej rzeczywistości. Gdy zdoła – prostuje.
I tak: wszystko zaczęło się od pacjentki nr 3, albowiem ona zachorowała najciężej; tożsamość pozostałych poznamy wkrótce, lecz nazwisko pacjenta „0” pozostanie przed nami ukryte – książka powstała tuż po epidemii, w czasach, gdy nie można było ujawnić, że chorobę zawlókł z Indii przedstawiciel tajnych służb. Znakiem czasów jest także jasna, ofiarna i niezłomna postawa członków wszelkich aparatów i instytucji państwowych; niedociągnięcia, jeśli były, natychmiast naprawiano, a partyjny kolektyw sprawował się bez zarzutu, stając na wysokości zadania: czy to tępiąc pijaństwo, czy opiekując się małą dziewczynką, której w izolatorium nikt nie odwiedzał.
Z perspektywy współczesnych czasów zdumiewa, jak w szybkim tempie, szczepiąc miliony, izolując chorych, stosując dezynfekcję i oddzielając Wrocław ścisłym kordonem od reszty świata poradzono sobie z epidemią śmiertelnie niebezpiecznej choroby. W 1963 r. dysponowano przecież szalenie prymitywnymi środkami.
Tekst czyta się świetnie, jak wartką powieść grozy, a jednocześnie spisywaną na gorąco kronikę wydarzeń. Brakuje nieco, choćby w posłowiu, uzupełnienia o dalsze losy bohaterów – których autor, co oczywiste, znać nie mógł, za to współcześni wydawcy mogliby do nich dotrzeć bez większego trudu.
W aneksie dodano natomiast suche relacje z publikacji akademickich, stanowiące bardziej naukowe podsumowanie. Po lekturze te liczby istotnie zaskakują.



Komentarze
Prześlij komentarz