John Hersey, „Hiroszima”, 8/10
Podtytuł tej książki nazywa ją „Najważniejszym reportażem XX wieku”, a w 1999 r. jury Uniwersytetu Nowojorskiego uznało go za najważniejszy amerykański tekst dziennikarski XX wieku. Być może jest to opinia przesadzona – w ubiegłym stuleciu powstało mnóstwo świetnych i ważnych reportaży – lecz bez wątpienia „Hiroszima” plasuje się bardzo wysoko, zarówno przez styl, jak i tematykę: dotyczy jednego z najdonioślejszych i najbardziej brzemiennych w skutki wydarzeń w historii nie tylko ubiegłego stulecia, ale całej ludzkości. Zrzucenie 6 sierpnia 1945 r. bomby atomowej na Hiroszimę (a później Nagasaki) otworzyło nową erę, dając człowiekowi do ręki najbardziej śmiercionośną ze wszystkich broni i torując drogę ku jeszcze gorszej od niej bombie wodorowej.
Wydarzenie bez precedensu nie doczekało się jednak zrazu należytego opisania – owszem, analizowano je naukowo, lecz pomijano wymiar ludzki. Hersey, który pomimo młodego wieku miał już na koncie Pulitzera za powieść wojenną „A Bell for Adano”, zręcznie wykorzystał tę lukę. Siłą jego reportażu nie są emocjonalne i barwne opisy; przeciwnie, autor postawił na maksymalny obiektywizm. Wydarzenia relacjonował beznamiętnie, osąd pozostawiając czytelnikowi. Dziś, kiedy jesteśmy na bieżąco bombardowani (sic!) budzącymi emocje obrazami z rozmaitych konfliktów i kiedy mamy za sobą lekturę literatury obozowej, powstańczej, wojennej okraszoną relacją dziadków i innych naocznych uczestników wydarzeń, reportaż Herseya może wydawać się wręcz stonowany, ponieważ autor, choć nie skąpi opisów szkód, jakie w tkance miejskiej i ludzkiej spowodowała bomba atomowa, także nimi nie epatuje. I z tego między innymi bierze się jego siła wyrazu.
W 1946 roku Hersey przeprowadził wywiady z ponad pięćdziesięcioma „hibakusha” (osobami, które przeżyły wybuch bomby atomowej), ostatecznie jednak zbudował narrację wokół losów sześciorga z nich. Reportaż ukazał się drukiem w tygodniku „New Yorker” i z miejsca wzbudził sensację. Nakład bardzo szybko został wyczerpany; przejętemu do głębi Albertowi Einsteinowi, wędrującemu po mieście w poszukiwaniu egzemplarzy, które mógłby rozesłać do osób zainteresowanych tematem, udało się ostatecznie zdobyć raptem kilka sztuk. Ludzki wymiar tragedii, którą spowodowali, wywołał w części naukowców pracujących przy Projekcie Manhattan głęboki smutek i poczucie winy, a społeczeństwu amerykańskiemu przybliżył koszmar wojny, który dotąd wydawał się mgliście odległy, a jego ofiary anonimowe. W 40-lecie bombardowania Hersey powrócił do Japonii, aby opisać dalsze losy swoich bohaterów; dwoje z nich już nie żyło z powodu skutków napromieniowania. Ów ciąg dalszy również znalazł się w tomie jako rozdział V zatytułowany „Pokłosie”.
„Hiroszima” to drobiazgowe studium sądnego dnia miasta, które w ciągu mniej niż sekundy zostało zdmuchnięte z powierzchni ziemi, a wielu jego mieszkańców po prostu dosłownie wyparowało. Radziecki radiolog Michaił Iljin stwierdził kiedyś, że po wybuchu bomby atomowej „żywi będą zazdrościć martwym”. „Hiroszima” pokazuje dlaczego.



Komentarze
Prześlij komentarz