Roger Moore, „Ostatni z żywych”, 6/10
a) Wielki być może nie jest wcale aż tak wielki, jak się malował;
b) Wielki ma niewiele do powiedzenia o sprawach dużych, za to z rozkoszą gawędzi o drobiazgach.
Co się tyczy punktu a, nie mnie oceniać aktorskie dokonania Rogera Moore’a. Było, nie było, zacny wiek poszedł tu w parze z wieloletnią karierą – na małym ekranie sir Moore startował w marcu 1949 roku i rozpoznawalności trudno mu odmówić, jakkolwiek mnie aktor ten zapadł w pamięć przede wszystkim rolami „007” i „Świętego”. Skupmy się zatem na punkcie b, jako że o książkach tu rozmawiamy. W zamyśle kontynuacja pierwszego tomu autobiografii („Nazywam się...”) miała niewątpliwie przybliżyć barwne i bogate życie prominentnego członka brytyjskiej śmietanki aktorskiej. W praktyce bliżej tu do dziadziusiowej gawędy o tym i owym, przy czym dziadziuś potrafi niekiedy zasunąć nie lada sprośną anegdotką (dla porządku dodam: to niekoniecznie komplement). Kto spodziewał się wraz z Moore’em wypłynąć na głębię filozoficznych rozważań o cieniach i blaskach kariery, srogo zawiedzie się taplaniem w towarzyskim brodziku. Owszem, przewijają się tu nazwiska z pierwszych stron gazet i najwyższych półek, niemniej mamy do czynienia przede wszystkim z wyliczanką, kto akurat gdzie grał, z kim i komu pokazał przyrodzenie na bani (albo i całkiem na trzeźwo). Mniej tu opowiastek z życia samego autora, ostrze staroświeckiego dowcipu częściej mierzy w innych.
Na pochwałę zasługuje natomiast warstwa ilustracyjna – tekst okraszony jest bogatym zbiorem fotosów.



Komentarze
Prześlij komentarz