Szymon Hełmecki, „Sajmarskie bajania”, t. I, 5,5/10
Tom pierwszy trylogii tego przygodowo-szpiegowskiego fantasy otrzymałem dzięki uprzejmości samego Autora, z zapewnieniem, że każdą opinię, zwłaszcza krytyczną, przyjmie z wdzięcznością. Ponieważ nie zwykłem nikomu tu słodzić, doceniam odwagę, ale i zdrowe podejście, bo żeby ludzie czytali, pisać trzeba jak najlepiej, a żeby to osiągnąć, najlepiej jest… pisać jak najlepiej. Słuchać vox populi, szlifować warsztat. No, to jedziemy z tym koksem.
Szczęśliwie pan Hełmecki pisać potrafi, zdania stawia ładne, opisy buduje okrągłe, a niektóre metafory są celne jak strzały Robin Hooda po wizycie u optyka i okulisty. Całkiem dobrze się te bajania czyta, nie powiem. Bohaterowie trafiają się interesujący, wątek potrafi przykuć uwagę czytelnika, realia świata zostały nakreślone szeroko, z uwzględnieniem religii, stosunków społecznych, władzy państwowej. A jednak mimo laurki ocenę wstawiłem niską, zdałoby się – niezachęcającą. Cóż więc, by tak rzec, nie pykło?
Nie pykło to, że wszystkie te pochwały dotyczą tylko fragmentów. Otóż, wyjąwszy tytuł, który sam w sobie niewiele zdradza (dlaczego sajmarskie?), natychmiast rzuciła mi się w oczy niespójność, zdradzająca, że sam Autor nie do końca miał pomysł na własną książkę. Oto z jednej strony mamy rzeczkę Beczycankę (interesujące słowotwórstwo!), lecz z drugiej wieś Helmsby (cóż to?). Niby główny (pozornie, lecz o tym zaraz) bohater nosi swojskie imię Maćko, ale na nazwisko mu Lowkick. Trudno więc orzec, jakim on sam się językiem posługuje i czemu ten ponglish. W ogóle zresztą zgaduję, że imiona czy nazwy mają w zamierzeniu dawać efekt komiczny, stąd też zaraz poznajemy kolejnego kluczowego bohatera, którego wołają… Sajmonella. W prawdziwym świecie imiona i nazwiska z czegoś się wywodzą, jest jakiś wspólny korzeń, do którego można je odnieść. Tu tego zabrakło, w efekcie mamy różne osoby nazywające się tak, że czytelnik nie ma pojęcia, jaki klucz temu przyświeca, to zaś odbiera światu wiarygodność już na dzień dobry.
Może inaczej: wydaje się, że ten klucz zwie się „aby było śmiesznie”. Często oznacza to również nawiązania do współczesności i popkultury, zawsze ryzykowne, bo podatne na dezaktualizację lub hermetyczne. Z początku istotnie może to bawić, ale szybko ta mnogość humorystycznych w założeniu nawiązań zaczyna stwarzać wrażenie, że świat książki powstał jedynie po to, aby być wykrzywionym odbiciem naszego. Tym samym ociera się o parodię, zamiast tworzyć pełnokrwisty, samodzielny byt. A Autor ma naprawdę ciekawe pomysły, które z powodzeniem dałoby się rozwinąć, gdyby np. pogłębić koncepcję kultu Wielkiego Gajowniczka, zamiast zbywać go powierzchownym opisem.
Analogicznie zresztą postąpiono z główną organizacją, Gildią Fajterów; tu zgrzyta nie tylko nazwa, bo pomimo częstych zapewnień o przynależności bohatera przez dłuuugi czas nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się, kim są owi fajterzy. Możemy jedynie za Hiacyntą Bukiet powtórzyć „to na pewno ktoś ważny!”. Niewiele dowiadujemy się o celu podróży Lowkicka i wkrótce też Sajmonelli, zarysowany jest bowiem nader mgliście. Radzę jednak nie przywiązywać się do tego zbytnio, ponieważ bohaterów w książce jest, by użyć zawartej weń metafory, „jak węży w zsiadłym mleku”. W pewnym momencie pogubiłem się już, kto tu jest kim i jakie są jego cele. Jeszcze szybciej zanikło nawet poczucie, że wiem, kto jest główną postacią książki! Ledwie się kogoś polubi, już mamy okazję polubić kogoś innego… Wątki i cele zmieniają się jak w kalejdoskopie, nie sposób wczuć się w sytuację postaci, identyfikować się z nią i kibicować jej zadaniu, ponieważ ona sama zdaje się nie do końca je znać. Prowadzi to do pojawienia się zbędnych scenek i niejasnych motywów, choćby zabójstwa jednego z własnych agentów pewnej organizacji, postaci dość istotnej dla akcji. A w przypadku Sajmonelli następuje wręcz spektakularna przemiana. No, ale ćśś, odkryjecie sami.
Nad składem czy redakcją się raczej nie pastwię, choć przy „drużce” zgrzytnęły mi zęby, a moment, gdy dziedzic z konia zwraca się do prostego chłopa per „pan” nieco rozbawił, podobnie jak zamiana miejscami wiktu i opierunku. Poważny zarzut mam wszakże tylko jeden, bo istotnie utrudnia czytanie: są miejsca, gdzie sceny się zmieniają, lecz próżno szukać większego odstępu pomiędzy akapitami. Stąd dziwne wrażenie, gdy niespodzianie zaczynamy czytać o postaci, której dotąd nie było, znajdującej się zresztą w zupełnie innym miejscu. Wszelako czytałem wersję elektroniczną, a w takich przypadkach potrafią się dziać różne rzeczy – być może więc krytykuję niesłusznie.
No, ale tego, że – pardon my spoiler – brakuje zakończenia, to nie wybaczę… Nie po to człowiek w pocie czoła czyta, żeby mu się książka urwała. Przydałoby się to jakoś ładniej zrobić, bo jak pisałem – Autor pisać umie i ładne, okrągłe zdanka też stawia jak trzeba. Cóż prostszego, jak dopisać ich jeszcze kilka?



Komentarze
Prześlij komentarz