Eliza Kącka, „Wczoraj byłaś zła na zielono”, 10/10
To, co wydawało się początkowo tylko zaznaczaniem własnego indywidualizmu, szybko okazuje się budowaniem całkowicie własnego świata, przypominającego „dziwną bajkę”.
Już od samego tytułu książka zachwyca barwnym, soczystym, erudycyjnym językiem, odważną szczerością, głębią refleksji, przemyśleń, wnikliwością spostrzeżeń. To nie tylko opowieść o dziecku, choć siłą rzeczy Ruda gra w niej pierwsze skrzypce; to także opowieść o matce, która próbuje przeniknąć do głowy własnej córki, odkrywając zamknięty w niej wszechświat, którym rządzą nieznane, choć nadal logiczne, prawa.
Wbrew wyświechtanym memom, obśmiewającym ten termin, Eliza, zwana też Pingwinem, w pełni zasługuje na określenie „mama na pełen etat”, bez ironii i śmiechu. Podąża prostą drogą do świętości, może nawet windą, choć sama zapewne tak tego nie odczuwa. Los w całości podporządkowała ją drugiemu, małemu człowiekowi, zatopił ją w nim. A jednak jest Morzem Cierpliwości, Oceanem Przespokojnym – zdaje się niemożliwe, że nigdy się nie wzburzył, że najmniejszy zefir nie zmarszczył jego toni irytacją, zniecierpliwieniem; jedyne wysokie fale wzbudza zrozumiały szloch bezsiły i wyczerpania.
W tym matko-córczym wszechświecie pojawiają się również inni ludzie, dalekie i bliskie mikrokosmosy, niekiedy otwarte, inne zamknięte we własnej fizyce, siłą swojej masy i grawitacji odkształcające rzeczywistość. Zetknięcia z nimi najczęściej prowadzą do zderzeń, wypychają Rudą z jej bezpiecznej, utrwalonej orbity, zdarzają się jednak i takie ciała, które wchodzą w jej pole grawitacyjne z gracją, nie zakłócając ruchu, aby po krótkim wspólnym tańcu odpłynąć ku własnym rewirom. Nad wszystkim znów czuwa Matka – nie jak Demiurg, Kreator; bardziej jak Anioł Stróż. Dba, aby te starcia nie zakończyły się anihilacją. Czuwa nieustannie, wychwytując wszystkie zagrażające Rudej drobiny, by wolna i swobodna płynęła obranym torem.
Jest w tym wszystkim ogrom troski, ale przede wszystkim ciekawość i chęć zrozumienia. Bez tego, zgaduję, nic by się nie udało. Nie nagnie się zjawiska do znanych norm, jeśli nie wiadomo, jak ono działa, jeśli pracuje na zupełnie innym, niekompatybilnym oprogramowaniu. Ruda jest momentami analizowana skrupulatnie, jak na mikroskopowym szkiełku, podziwiana za swoje skomplikowanie, podszyte logiką, tylko pisaną w obcym języku. Jego komendy-zaklęcia nie zawsze działają, potrafią wywołać przeciwny efekt albo trafiają w próżnię, ale te lingwistyczne próby są frapujące dla czytelnika, przykuwają uwagę.
Nad oceną wahałem się krótko. Zawsze skąpię dziesiątki, aby mieć jakiś oręż w razie zetknięcia z dziełem ze wszech miar wyjątkowym. Takim, w którym mogę się rozsmakować. Tutaj jest w pełni uzasadniona – za bijące z tej książki ciepło, cierpliwość, fascynację, chęć zrozumienia. Za wysmakowanie i mięsistość języka. Za szczerą otwartość. Za uważność, wnikliwość, zmysł obserwacji – córki, siebie, świata wokół. Za ogrom emanującego z niej dobra. I za finisz, w moim odczuciu szczęśliwszy, ale zawieszony w niedokończeniu, bo przecież życie toczy się dalej i wciąż niesie coś nowego, czemu należy stawić czoło, ale też się zachwycić.
Początkowo sądziłem, że brakuje mi tu nazwania, przyklepania rzeczywistości jednym przesądzającym słowem, aby móc wstawić Rudą w szufladkę naszego świata. Zaraz jednak pojąłem, że gdyby odejść od barwnej metafory na rzecz pisanego suchym językiem konkretu, z baśni o Rudej zrobiłoby to suchą diagnozę, reportaż z codziennego życia, odzierając ją z największego uroku.
Pierwszy okres, niemowlęce osobliwości zapowiadające odrębność, ciągnie się nieco; czytelnik niecierpliwi się, by przejść dalej, ale ten wstęp jest niezbędny do lepszego zrozumienia, jak fundament każdego gmachu. Mimo wszystko czekałem na dojrzałość, większą samoświadomość, autorefleksję. Czekałem, bo poza opowieścią o Rudej ciekaw byłem tego, co ma do powiedzenia SAMA O SOBIE, jej perspektywy, odnalezienia się w świecie, jak ciekawym się jest obcokrajowca – choćby tylko po to, by egoistycznie przejrzeć się w jego oczach, spojrzeć na swój świat przez jego źrenice. Nadzieja, że dorosła Ruda może sama się opisze, objaśni, „uleczy” i wpisze w nudne, poukładane społeczeństwo, jest jednak płonna. Jak człowiek może innym opisać siebie, skoro dla siebie po prostu jest i nie może być inny? W dodatku posługuje się obcym językiem, aparatem pojęciowym przybysza z innej planety, przyglądającego się ludzkości przez szybkę – nawet jeśli bardzo się stara, pewne rzeczy, dla nas niby to naturalne, dla niego pozostaną obce.
To nie jest książka do przeczytania jednym tchem, do przebiegnięcia wzrokiem w jedną noc zachłannej lektury, jak jedna z tych trzymających w napięciu, sensacyjnych powieści. Nie – to jest książka do ZANURZENIA się w niej.
Fascynujące są mikrorozdzialiki „Co usłyszałam jako matka”, ta osobliwe kaskada sprzeczności, nieproszonych rad, które wzajemnie się znoszą, przeczą sobie, a w rzeczywistości objawiają dwie ignorancje – tę społeczną, zrozumiałą, wynikłą z nieświadomości, ale i tę lekarską, naganną, bo wynikającą z niewiedzy, a mimo to podszytą fałszywą pewnością siebie, wygłaszaną et cathedra, z wyższością człowieka, który rozwiązuje nie swoje problemy.
To niesamowite, że o człowieku tak silnie ujętym w ramy nawyku, schematu najlepiej opowiada się przenośnią, bogactwem narracji nie wprost. I że on sam także, pomimo konkretności wypowiedzi, brzmi niekiedy jak mistrz metafory, otwierający nam własnym językiem drzwi do zupełnie innego świata. Celne uwagi Rudej są eureką, kaniulą wbitą w samo jądro znaczenia, sączącą prawdę objawioną. Choćby dla nich samych warto przebiegać wzrokiem kolejne stronice.



Komentarze
Prześlij komentarz